jestem Hiob

WIRECENTER
Hiob usiadł na kamieniu
nie mógł sobie przypomnieć
jak dokładnie wyglądała jego historia

Pamiętał trzaski
uderzenia bicza
rózg
wielkie dłonie nad sobą
które zdawały się go głaskać
delikatnie
ledwo muskając jego skórę
chropowatą jak kora dębu
ale zadawały ból niewyjaśnienie głęboki

wolał
w jakiś dziwny sposób
rózgi
i bicze
od tych rąk gładkich
i ciepłych

ich nie umiał zrozumieć

zadawanie bólu wierzbową witką
czy skórzanym paskiem
uważał za humanitarne metody dręczenia
więc miał je za nic
bolało bo tak musiało być
i wiedział to każdy

ale te dłonie
jakim cudem ranią
a raniły
nie dręcząc trędowatą skórę
ale duszę
czystą jakby niemowlęcą

przesuwał dłonią po bliznach
ale ich nie czuł
znikły

lecz gdy zamykał oczy
dusza zdawała się powlekać
skórą trędowatych
i wszystko wracało
ale bez powodów które mógłby rozumieć

Ariadna

Ariadna tańczyła głucha na świat

ja czuję każde drgnienie ziemi
przewiduję każdy ból
wyobrażam sobie każdy upadek

nie jesteś z tej gliny
wymieszana ze wschodu i zachodu
lecz jakoś spójna
i nawet nie kłujesz w oczy
pasuje kamyk do kamyka
i szkiełko do szkiełka
odwracam wzrok
ale światło odbite
biegnie całkiem nie w tę stronę
i nie bije po oczach
a muska piach pod moimi stopami
biorę to więc za obrazę

a ty
doskonała harmonia
pustego i pełnego
ślepego i wszechwidzącego
bóstwa nienawiści i tego drżącego
pod każdym grzmotem czarnego pioruna

to ja cię stworzyłem
ale nie jesteś moja
to ja powiedziałem ci że jesteś
a ty nie jesteś dla mnie
splotłaś tylko nić
tę labiryntową
i tę na wielki czarny żagiel

więc wyprowadziłaś mnie tylko po to
żeby zakpić sobie
żeby zdjąć moją rękę ze swojego ramienia
żebym na wpół żywy mógł patrzeć
ale już nigdy więcej nie mógł zamknąć oczu