Złoto

I w górę – gdzie się kończy chmura świec płomieni,
otwarte nienawistnie oczy ich i usta,
nad puch powietrza – co się złotem mieni!
Gdzie jest słońca orgia i ciszy rozpusta!

A Ty w kółko: giniesz, pojawiasz się znowu
gdy koło zataczasz swoim lekkim tańcem.
W podskokach swoich miękkich wznosisz się nad głowy:
to raz mnie dotykasz, raz zabierasz palce.

I twej sukni ciemność ginie w bieli innych –
jak noc złapana we świtania ręce.
Znów twa suknia błyszczy niby wieczór zimny
a tłum tak w rytmie tańczy, jak bijące serce.

I tak walc uderzał w struny białych dłoni,
które drżały coraz bardziej, gdy skrzypce i flety
dochodziły piskiem szarym do gorących skroni
poruszając skałą twarde serce mej kobiety.

Oczy

A Twoje oczy – wirujące światy:
jak tarcza Achillesa – tak jedne w wielości.
Barwami tak różne ich kręgi – jak kwiaty.
Krążące jednostajnie po wieczność wieczności.

Ich biel śmierci, ich biel niby kości,
co wspomina, jak niewiele będzie po mnie straty.
A brązu tarcza wkoło w swojej szlachetności
jak cedr świtem oblany – barwami bogaty.

A czerń ich, która gubi ciało w swojej ciszy:
widzę twarz tam ludzką, której nikt nie słyszy –
zatraciła się ona w Twych oczu kolorach!

Ja tak jestem słaby – świat mój cały klęknie,
by tu konać i wielbić Ciebie w Twoim pięknie.
Lecz nie umrę jeszcze – nie ten czas i pora.

Z oczu zamkniętych

z oczu zamkniętych chcę to spojrzenie
wyrwać gnijące – osuszyć w słońcu
z dłoni złożonych porwać marzenie
o śmierci szybkiej, bezbolesnym końcu

z włosów splecionych: wiatru powiewy
wypuścić nagłe lwów białych grzywy
z ust zatrzaśniętych wygonić śpiewy
by nożem krzyku zabić spokój siwy

z piersi zamkniętych gorący kryształ
co swym przezroczem świat łamie i krzywi
wezmę go w dłonie, by – świetlisty – błyszczał:
by mnie – krwawiący – swą śmiercią zadziwił