kraj śnieżny

Widać życia kres, mieniący się jaskrawo
Żółtawy okrąg oka patrzy skryty bielmem
Kończysz się, najdłuższa w mym życiu, zabawo
Kończę się i ja, lecz całkiem oddzielnie

Dzisiaj, w narodziny końca, fioletowo
Niemy świadku ślubów, grasz na organach trumien
Mówiłeś, że umrę… dotrzymane słowo
Więc kłócić się nie chcę, buntować nie umiem

Czuję tylko siebie, daleko w śnieżnym kraju
Białym od chmur i dusz przeczystych
A ja stoję rozdarty na dwóch światów skraju
bo wybór odwieczny nie jest oczywisty…

mówię swobodnie

mogę mówic swobodnie i widzę już jasno
niezmienna możliwość, co się już nie chwieje.
rodzę się – świat milknie, nieba gwiazdy gasną
jestem ja szaleńcem, albo… czarodziejem

Jeśli niczym jestem – przecież sam mniej znaczysz
bo ja szukam tego, przed czym ty uciekasz
chcę dotknąć tego, co w mych snach majaczy
złapać, co, jak boga, boi się człowieka

Cisza w was, huk głośny jak dłutem o kamień
co kruszony powoli całą traci duszę
twórca was ucisza, kując w was swe znamię
a ja, nim dłuto przyjdzie, sam się w pył wykruszę

ja

Codziennie żałuję tego, jak zacząłem.
Że od urodzenia wpadam w nowe grzechy.
Że zamiast otuchy słyszę strzały batów.
Słyszę zamiast szeptu tylko krzyk i śmiechy.

tak mnie stworzono, że niczego nie mogę,
że nie mogę nawet być kimś, kto się cieszy.
tak chciałbym móc patrzeć odważnie przed siebie,
a teraz, jak zwykle, patrzę się za plecy.

więc zabij mnie, bo chcę czyn wreszcie wielki
wziąć na swe plecy, być częścią ogromu
wspaniałego aktu pozbawienia życia -
wejść w obraz wspomnień – byle tylko komuś.