Drzwi

„Jak biel kości świecą te chmury na niebie…”
- mówiła, gdy leżałem tuż obok na łące.
Dmuchawce w Jej włosach, a w Jej oczach słońce
gubiły się i w ich pięknie zatracały siebie.

Nie chcę Jej dotykać, by Jej małe serce
nie zabiło szybciej, by nie spłoszyć ciszy.
Wystarczy mi przecież, że me ucho słyszy
tylko dźwięk Jej tętna. To tylko – nic więcej.

„A pamiętasz, może, kiedy w Twoim śnie
ja przyszłam do Ciebie z uśmiechem na ustach?”,
Tak, włosów Jej fala me oczy omusła,
a ja Nią przejęty rzekłem krótko: nie śpię!

A, że ciemno było – cóż z tego, Kochana?
Gdy Twe oczy błyszczały, a moja maligna
we mnie krew rozlała, myśląc, że stąd wygna
niepokój o Ciebie… przynajmniej do rana.

Lecz wracam na łąke. Do Ciebie. Na trawę.
Tutaj jest tak jasno, tak cicho i ciepło.
To co wiatr goniło samo stąd uciekło,
a słońce na rumiankach lało świateł lawę.

I otworzyłem oczy, i podszedłem do Niej.
I teraz byłem tak blisko, jak zawsze być chciałem,
usiadłem tuż obok, w Jej oczy spojrzałem.
I nie dałem poznać, jak bardzo się boję.

Ona na mnie spojrzała. Tak właśnie Twe oczy
zawsze wyobrażałem sobie, tak piękne i duże.
Chciałbym dać Ci coś… Gdybym miał choć różę,
albo choć słońce światło zza chmur swe roztoczy.

I widziałem Jej świat… Jakbym mógł tam wlecieć…
Ale jednak nie mogłem… Miejsca było mało…
I poszedłem wzdłuż parkiem – nie wiem, co się stało…
wiem, że smutno za mną patrzyła – najsmutniej na świecie.