Plac Wszystkich Świętych.

Cześć… Zataczam się, bełkoczę… Fruwają mi myśli

Niby prosta droga… Niby jasna droga i… nawet nie długa…

A przeszukuję alejki, zakamarki i speluny…

w których nawet świeca spokojnie nie mruga.

Jedynie ta ławka teraz nas łączy i to, że patrzymy na siebie

nie będę nic mówił. Jak czajnik bez gwizdka na gazie

gotuję się i nie wiem, jak mam to powiedzieć bez ust,

chciałbym odejść, lecz powiedzieć nie umiem „na razie”…

A tak głupio bez słowa, nawet jeśli i tak się nie wygłupię

bardziej niż tym siedzeniem w opłakanym stanie…

Spoglądasz niecierpliwie na stary zegarek bez baterii,

tu niczego nie ma, nic nie przybędzie, więc próżne czekanie…

A siedzisz ze mną, pijanym, bez słowa, bez wzroku,

dotyku, marzeń, planów, pieniędzy, snów spokojnych…

Ja tak nawet wolę, że Cię mam przy sobie,

jak sztylet, chociaż wcale nie chcę wszczynać wojny…

Jeden

Pewnie to czytasz. A na pewno raczej…

Zawsze mnie szukasz, gdy milczę ustami.

Chcę wiedzieć tylko, kiedy Cię zobaczę?

I kiedy wreszcie usiądziemy sami..?

I kiedy wreszcie dłoń swoją położę,

na dłoni Twojej, nie widzianej długo?

Nie podam daty, powiem tylko: „może”,

może się spotkamy, i może niedługo…

Chciałbym Cię zabrać nad chmury, Kochana…

Nad słońca jabłko, nad owoc sefiry…

I zostaniemy tam razem do rana,

aż pioruny zabrzęczą, jak struny u liry.

Zadźwięczą chmury o siebie, jak dzwony.

spadniemy wraz z deszczem, jak krople-bliźnięta.

Zniosą nas lekko nad łąk zieleń gromy…

Nad rozstaje, gdzie czeka nas figura święta…