Iwonie

jesteś jak wiatr, brzmi to nazbyt prosto.

że swoim życiem zabierasz mi ciszę…

Lecz jak dobrze, że w końcu to drzewo wyrosło,

które jak huk Erato, które pragnę słyszeć…

231

nie umiem marzyć, gdy jesteś tuż obok.

ledwo zamknę oczy, już znów Ciebie widzę.

Choć słońce mi zasłaniasz, niby bezkresny obłok.

To kocham Cię za to , a nie nienawidzę.

Jakbym

Jakbym spał, ale nic powiedzieć nie mogę już więcej.

Jedno tylko, że jak Słońce okrywa obłoki

tak purpurą swoją okryły mnie ręce - 

skłębione, czerwone jaszczury i smoki.

Gdybym tylko mógł lub potrafił uczynić marzenie

bytem cielesnym, jak puch świeżych malin…

lub choćby widzialnym jak nocnych widzeń cienie.

lub dzwonem bezdźwięcznym majowym konwalii.

Jakbym miał serca pełne zapału i trwogi,

że czasu wystarczy, lecz braknie mi myśli,

które, spełnione, popchnęłyby nogi…

w zaświat, gdzie sen słodki po pracy się przyśni…

Tryptyk

krzyki nic nie pomogą

raz się krzyczy – wybaczcie, sen zbyt krótki dziś przyszedł.

bezkształt, śmierć, wytracenie pozbawione życia przed nim.

dostatecznie już płakaliśmy, aby krwi nie było widać.

lutnia Apollina, kitara Erato – tyle miłości zostało.

wszędzie jakby dzień, przydługi, nieostatni

wbrew błaganiom o koniec.

Góry stoją mocno, pagórki szczytem nieruchome

na nic błagania. gdzie dom?

ja jestem

czy umrę cały? czy ta cząstka, która pozostanie

to nieśmiertalne, które nie umrze, czy nie będzie cierpieć wieczność?

Taceant colloquia, effugiat risus,

hic locus est,

ubi mors gaudet succurrere vitae

zbudowali wieżę. ręce zaschłe, oczy zalepione brunatnawą mazią.

ilu umarło? straciło zdrowie? ilu płakało?

a On tchnął. a ich nie ma

czyn zbyt mało znaczy, by ufać, że będzie wieczny

nawet słońce nie jest wieczne, nawet spiż

gdzie dom? pytali jedni drugich.

ale dom dla każdego brzmi inaczej.

jeden dom – wiele nazw

czy niebo nie jest jedno?

w jedno się chcieli wzbić, a teraz każdy ma swoje.

jak na początku FIAT, tak na końcu FINIS.

jedno słowo by wszystko było, jedno słowo by niczego nie było.

wisimy na włosku, na skrzydłach Hermesa i jego bóstw

do czasu można płynąć w powietrzu bez końca.

przejrzyste było wszystko. tak, że ziemię widać

i niebo, a Jego nikt nie odgadnie.

Taceant colloquia, effugiat risus,

hic locus est,

ubi mors gaudet succurrere vitae

kamień. każdy z nas, ociosany przed czasem.

staliśmy obok siebie, jednością silni, jak budowla

a teraz żadnego z nas nie ma.

nie został kamień obok kamienia.

poszło wszystko jak wichury i potoki na dom.

lecz on był na skale zbudowany

a nasza jedność nawałnic – nagle

na milion cząstek.

jak świątynia nienawiści.

przedarta przez środek.

i znów przez środek.

aż we mnie zło i dobro się rozdzielą.

nie zburzymy nieistniejącego. 

kamień był kiedyś ognistą kulą żaru.

ile tego ognia we mnie zostało?

nie wierzę. a jednak wiem.

wiem, a nie wierzę.

nie siorb przy jedzeniu, nie mlaskaj.

ale umieraj niegodnie. wytarty, sprasowany,

kulturalnie oświecony. 

Śmierć to zawsze śmierć. 

I wiem.

Taceant colloquia, effugiat risus,

hic locus est,

ubi mors gaudet succurrere vitae