Bezdech

Błagam Cię – nie istniej… Zgiń jak sen, gdy świta!

Zapłoń ogniem krótkim, jak blask błyskawicy…

Przemiń, błagam, szybko jak wiatr sino-licy.

Odejdź latem ciepłym w liści deszcz spowita!

Trwaj tak krótko, jak kwiaty paproci,

jak szmer cichy w lesie, gdy się zbliża burza.

jak niepewność człowieka, gdy się dzień rozchmurza,

jak cień nocy, gdy ją właśnie ranny blask ozłocił

Płoń tak długo, jak ogień bez trupów drewnianych

jak kwiat, co korzeni nie zanurza w ziemi.

Masz rację, już długo ze sobą idziemy…

Ale przecież wciąż, czy to widzisz, istniejemy sami…

Amantes…

W rzędzie klonowych brązów i zieleni

znów Cię widzę… A z góry złotych liści deszcze

choć złota tyle mi dają, ja chcę Ciebie jeszcze

w gonionych wiatrem tumanach jesieni

Zostaw te rękawiczki… Choćby i z jedwabiu były.

Wtul się we wzrok mój, co ten deszcz przenika

Ostatnie miń przeszkody w jesieni okrzykach

I podejdź jak najbliżej… Przywróć życia siły

Czy wszystko dobrze? Znów masz zmięty szalik

Na płaszczu znów się uwiesił zgubiony promień słońca

odganiam go jak muchę… jego twarz błyszcząca

zakrywa ust Twych czerwień, które uśmiech pali.

Szum wokoło, świat kołysze się na wietrze

wyciągasz się na palcach… szukasz oczu kluczy

czy usta nieme chcesz mówić nauczyć?

I palców swoich stadem wspinasz się po swetrze.

Jak można jesień w czarno-biały obraz chować?

Te złota, te czerwienie… Twoich oczu tęczę?

i z wiosenną drzew zielenią przy Twych dłoniach klęczę

w deszczu w Twoje wpada ręce moja mokra głowa.

Stałaś jak dziś, może metr dalej , gdzie ten dąb jak wieża

wiatr rozwiewał tę wzorzystą chustę – tak, tę samą

na błękicie słońce grzmiało niezmywalną plamą

a ja Twoje palce uczyłem pacierza

pacierz to był dziwny… bez słów, powieki spały.

później mi mówiłaś, biorąc moją rękę, 

że w ciemności pierwszy raz ujrzałaś jutrzenkę

i że Jej oczy, jak moje, błękitem błyskały.

ja wtedy, prosiłem – wstyd mi trochę - 

by On dał Tobie coś, czego nigdy nie znałaś

i wiem, raczej czuję, że ta łuna biała

to były wysłuchane me modlitwy płoche

Ty miałaś wtedy mokre od mgły rzęsy

ja w głowie pustkę, rzeczywistość głucha.

Ja spisałem słowa szeptane do ucha

a teraz, gdzie są – nie wiem. Przeglądam kredensy.

Ty miałaś wtedy dłonie jak chmury na niebie

zbielałe wczesną nocą i zimne jak Galatea

ich biel tak ściśle moją dłoń opięła,

że nie chcę już nic, nic z wyjątkiem Ciebie.

Ufaj, że za Tobą idę… w Twoich włosów fale patrzę

Ufaj, błagam Cię i czuję, że odważysz się w końcu

wyjść z ciemnych lochów, stanąć prosto w słońcu.

I ufaj, inaczej jak Orfeusz stracisz sens na zawsze!

Ty miałaś wtedy skrwawione zachodem dłonie

przesuwałaś je cicho po wietrznym nocy szkle

Czy płakałem… Może… lecz, któż to wie

nikt tych łez nie ujrzy, póki w nich nie utonę

Jaka będzie wielka za to szczęście zapłata!

lecz czekaj… tak łatwo i szybko nie oddam się grobom

I cieszę sie tylko, że trwonię czas z Tobą…

Chwyć mą dłoń – idziemy na koniec świata