Maligna

Polana brązem drzewnym z zielenią utkana

Czerwieni wschody ranne, tnące szarość wody.

Ta czerwień, na tej wodzie, jak otwarta rana,

odbija się od bladej, mgielnej, mokrej kłody.

Świt znów Ciebie przypomina – świt tak jeszcze młody.

Z wyciągniętą szyją żonkil zbiera świt do dzbana.

Powoli kropla spada na pajęczyn schody;

Niknie noc za górą, pada na kolana.

Jednak, gdy się budzę, znów wraca szaruga.

Znów świt ten, bez Ciebie, niby księżyc chudnie;

lecz sen przez dzień cały jeszcze ciepłem mruga:

Ten brąz to Twe oczy – niepoznane studnie,

Ta czerwień to Twych ust rozpalona smuga.

Płonąc będzie jeszcze – dopiero południe!

Krasnoludki

                                                                                        Z inspiracji i dla A.S.

w wojenny czas usłany mogiłą

w sen wiejski się wdarł krzyk świeży jak rosa

ojca z chaty starej wywlekają siłą

za nim rozespana biegnie córka bosa.

 

krzyk jest tylko wiatrem, nikt tego nie słyszy

uderzenia karabinem huczą jak dźwięk gromu.

Ojciec, cały zakrwawiony tylko cicho dyszy:

nie patrzcie, idźcie dziatki, czym prędzej do domu!

 

czemu właśnie dzisiaj? przecież to dzień nowy,

ma być z rana już skropiony słodką krwi czerwienią?

Kładą go na ziemi, pochylają nad nim głowy,

wzrokiem biją jak młotami, by go zrównać z ziemią.

 

„Partyzantka, ha? mów starcze! jeden strzał to koniec!”

on gasnący już z tęsknoty za swoimi w domu

tylko wolno i po cichu składa swoje dłonie

i coś mówi, czy majaczy – jeśli nie, to komu?

 

żołnierz jeszcze raz wymierza, łzy krew z ust juz zmyły,

błoto tylko wciąż maskuje jeszcze świeże rany

jeszcze mówi, wypalając już ostatnie siły:

„nie zabijaj, one już nie mają mamy!”

 

Krew zamknęła prośby w ustach,

padła twarz na ziemię

wkoło tylko cisza pusta.

wtem huk… jeden strzał w ciemię…

 

jeszcze dechów parę cichych i sen wieczny już płonie

zołnierz tylko kopie ciało – sprawdza, czy już starczy.

Ktoś Ci powie – smierć już przyszła, to dla dzieci koniec

wraca wszkaże ciało ojca niesione na tarczy.

 

Jeszcze za sad grusz i wiśni nie znikli żołnierze

a do ciała przystępują zapłakane dzieci.

biorąc w ręcę ojca dłonie zmawiają pacierze

ich krzyk z wolna cichnie, tylko krew z żył leci.

 

Wtem kropelki jeszcze ciepłe ojca krwi serdecznej

płoną swiatłem jako słońce i do sierot płyną.

głos: my dla was, jak miłość, do służby wam wiecznej

bo wasz ojciec się nie splamił żadną ludzką winą.

 

Czerwnień istot z wnetrza blasku wypłynęła jak z żyły

dzieciom zapłakane oczy zaskrzyły jak rany:.

obyście wy dla nas jako dziatki były

a my miłośc ojca do końca oddamy.

 

Odtąd, kiedy tylko dzieciom śmierć zabiera

ojca albo matkę, by dać tamę smutkom

krew miłością pełna, gdy rodzic umiera

daje postać swoją małym krasnoludkom.