Dzień

Mgieł woalem podchmurne się okryją rzeki

wyskrobane z brązu ziemi czerwienią zachodu

bliżej zejdzie ziemi nieba płaszcz daleki

by lepiej było słychać ciszę dziecka modłów

Słońce się skruszyło w błękitnej podróży 

i spadło pod sklepienia, by poranną kawę

rozgrzać i rozpuścić we wrzącej kałuży

,i lekko uspokoić świeżych marzeń wrzawę

Blask słońca się tuli w koronkowe chmury,

przebija blaskiem słabsze i cieńsze koronki.

wpada pajęczyna między świerków góry

różnobarwnym blaskiem dzwonią mokre łąki

choć i tak wieczór przyjdzie, ja wiem, że dnia koniec

to chwila kiedy moje puszczą Twoje dłonie…

Mogę…

Na bieli świata wyświetlasz mi życie

kolorami je zdobisz, by innych zachwycić

lecz tej bieli teraz potrzebne obmycie

bo za łatwo istnienia te barwy upłycić.

Mogę mieć wszystko, wolę tylko kropli parę

choć mógłbym przelać morze do czerpaka

lecz gdy umysł wątłą przeleję dni czarę

ziemia przyjmnie wszystko, człowieczeństwa szakal

Kazałeś wzbić się w niebo, a nie dałeś skrzydeł

i kazałeś ukochać, lecz jak i kogo?

czemu wyjść z materii ogólnych prawideł

i czemu nie kochają tych, którzy kochać mogą?

Skoro mnie stworzyłeś największym wśród stworzeń

czemu nie chcę być sobą – powiedz mi, mój Boże…