Baśń na dobranoc

            

Za rogiem dworek, za dworkiem śmiech panien

co się okryły welonem konarów

wiatr w cichym dworku porą letnią stanie

odpędzając śmiech dworzan od much i komarów…

Na altanie, pustej prawie, bliżej dnia niż nocy

siedzieli oboje, dłoń w dłoni – ciał smugą

czekali jak skowronki – by w wiosennej mocy

znów krzyknąć: żyjemy… żyjemy… jak długo?

„Ratunkiem się stała Twa dłoń – jeszcze miękka

nie ci – uczeni, doświadczenia stróże

ci, przed którymi naród ślepy klęka…

myślą – właśnie – myślą, że na wysokiej górze

ujrzą wszystko bez wyjątku – lecz czy widzą doliny

pod mgłami, pod zielenią drzew, rwane potokiem

nawet gdy przejdą przez mgielny mur siny

ujrzą…  nie uwierzą – swym uczonym wzrokiem…

ile wiedzą? nic prawie, prócz tego, co z ciała

a ja, że nie widzę, tęsknię mocniej jeszcze

i dziękuję, że ślepotę ma mądrość dostała

bo widzę więcej, uwierz – niż rany i dreszcze….”

„Za co świat mnie nocą w Twe tuli ramiona?

Za co mnie noc ciemna, oświetla Twym wzrokiem?

Czemu-m dwakroć na ziemi została zbawiona?

Śmiercią Pana i ramion Twych góskim potokiem?

Jeśli mam umrzeć, niech umrę z uśmiechem

niech rażę załobne mej rodziny twarze

Miłość jest wiecznością, życie ledwie dechem…

więc nie umrę… kiedy w niebie swoją miłość zważę”

Sen się nie mógł skończyć, jeśli śni go ziemia

śni, że na jej łonie wyrasta kwiat cudnie

choć go co chwila chmur ciężkość zacienia

nie martw się Kochana, dopiero południe!!!