Miałem wtedy skrzydła

Wreszcie mogę do Niej mówić po prostu

bez zająknięć, obawy przed błędem…

Jak równy z równą, jak ogień z ogniem

porzuciła swoją wieczną postać wody

Czyżby był to rodzaj przedziwnej nagrody?

że mnie uwalnia od miłości, że wolny znów będę

czy gaszone w tunelu jaskrawe pochodnie

nie zabiją mnie już, nie spalą pomostu?

Miałem wtedy skrzydła – liche, byłem w niebie

i niczego mi tak nie żal, jak żal mi dziś Ciebie!

Zielone oczy II

Nigdy nie widziałem Cię szczęśliwszej

niż wtedy, gdy powiedziałem, że dam sobie spokój

Czasem się tak zdarza- mój ból, Twoja radość

bo w końcu jesteśmy naczyniami połączonymi

Żywy mógłbym więcej zrobić, ratować foki

karmić psy na ulicy, lecz nie chciałbym

za nic już tknąć się Miłości.

Krótko IV

Słów rzekłem już miliony, co trwają jeszcze w Twojej głowie

i tych już dawno zapomnianych, niknących w sercu słowo po słowie

kecz kłamię często, nie porafię więcej- bo słów największe ilości

nigdy nie oddadzą czy opiszą gorącej mego serca miłości

Zielone oczy

Gwiazdy Tobie ich zazdroszczą, jasną swoją smugą

dzień zapala światła jasne, lecz noc przywołuje długą

Jego światło jest skończone, jak nić jego blaski

Chwilą są tylko i tyle, krótkie, niby gromu trzaski

Więcej w sobie mają ciepłą, niż słonecznu talerz płaski

Im winne hymny, piesni ,jeśli słońcu ślą oklaski

One zawsze światłem sieją, a dzień raczyć chce szarugą

One dla mnie tarczą skalną, jeśli gwiazdy są kolczugą

Kocham Je za Ciebie Ciebie kocham za nie

Moje widzą światłość, gdy koło mnie kroczy

Przynajmniej ten obraz tu ze mną zostanie

Gdy ich krąg mnie kiedyś z Miłością otoczy

Choć nawet nie wiem czy to się mi stanie

Kocham po prostu Twe zielone oczy…

Jestem winny

jestem winny za tę miłości i moje, i Twoje

za wszystkie nasze szczęścia i za niepokoje

za każdą strzechę, której bolesnej dadzą miłości

wyrzeknę się wszystkiego, lecz nie mojej radości

Winnym nieudanej miłości, co zajrzała w oczy

winnym też tego słowa, co z marności broczy

i nie może nic już zmienić, ani źdźbła, ani nici

bo nie tą samą miłością jesteśmy, Miła, szyci

Codzień Cię widziałem, lecz nigdy nie kochałem

Inne rzeczy w sercu, inne w głowie miałem

Dniami Cię widziałem, lecz jedno me spojrzenie

rozkochało mnie w Tobie, słońca jestem cieniem!

kamienie ołtarza rosi

Sączyła się po kamieniach wapiennego wzgórza

Tak samo jak teraz kamienie ołtarza rosi

Jej kolor czerwony, czerwieńszy niż róża

naszą nadzieję w płynności przenosi

Choć płynna, to jedna dla nas stała obrona

co więcej koi Miłośćią niż tnie żelazem

Ona jest klejnotem, bo w tej Krwi Korona

czoło Pana zdobiła pochłoniętym głazem

Czym za Miłość oddam, czym w żyły Krew wrócę

jak wierzyć jak On, że grób kiedyś pęknie

i myślę częsciej, sam w sobie się smucę

że On kiedyś przejdzie, a nikt nie uklęknie

Miłość się nie kończy

krzesło, okno, stół- to tylko imitacja

Twoich ramion, oczu, nóg

za wysoko mierzę- racja…

bo wybrałem Miłości najtrudniejszą z dróg

Wypada mi zamilknąć, usta już zmęczone

ale mówić muszę dalej, mimo łez

I czuję, że nie weżmie nas w obronę

siła żadna – bo już widzę kres

Przerywam ciszę – milczeniem – białą jak śnieg

Jakbym łódką przez morze płynął

i tylko z dala majaczy gdzieś brzeg

tak prosi, bym żagle zawinął

Oczy nie te same wyglądam z oddali

Łez potoki, lawy spływają po skórze

a może ten potok nas rozpali

ognisko poświęcone na niebieskiej górze?

Otwórz lub zamknij, jak oczy

lub światło daj u kresu dróg

człowiekowi, co w ciemnościach kroczy

daj chleba- gdy go głód zmógł

Bo już nie kocham, chcę mieć przy sobie

Ciebie, czując na skroni Twój śmiech

I powiedz, cóż bez Ciebie zrobię?

Jak wśród zamętu dzisiaj złapię dech?

Tren dla Żywej

Czemuś mi Ją zabrał, przecież wiesz dobrze

że bez Niej Ja nie istnieję, a beze mnie

Ty istnieć nie możesz!?

Czemuś mi Ją zabrał, może bym miał cel?

Bym nie szedł w puste gniazdo, lecz do Niej

gdziekolwiek jest

Umarła, choć żyje- z białą flagą naciera

i niszczy obóz mego serca

topiąc wodę w krwi i ziemię rzucając

na przyschnięte sny

Miłości mej pierwszej i mojej ostatniej

Spadać w ramiona, w które chcę spaść

nawet tracąc równowagę z czystej miłości

wiedząc, że Ona ratuje me kości

umierając śnię, chciałbym słońce skraść

dla Niej, dla Jej czystej i ludzkiej radości

wziąć Jej do serca garstkę, tylko garść

i z Nią się podnosić i z Nią za lata paść

na nic tu moja wiedza i moje umiejętności…

Trzymaj mnie lekko, dech pocałunkiem zapieraj

jestem Twój- bardziej niż wszystko na tym świecie Twoje

Gdy płaczę- płacz, gdy sam się nie podniosę- wspieraj

Unieś te, które pragnę- serca Twego podwoje

smutek gaś jak świeczkę, radości żyły wzbieraj

W Tobie się uciszam i w Tobie się koję!

Tej, co na wzgórzu mieszka

Zawsze możesz być przepaścią 

więc nie patrz na mnie jak sosna

na wiatr listopadowy jesieni życia

mówiący cicho, że ta miłość niszczy

widzę czasem wiatru dłonie, co wzgórza głaszczą

Zbierają w pary: czy to jesień, czy to życia wiosna

nie patrzą na czas i drogę do przebycia

zawsze wygrzebią Ciebie z kolejnych zgliszczy

Bo miłość na Ciebie nie patrzy 

jak na drzewo bez liści

lecz jak na leśną ścieżynę

jeszcze liśćmi nieusłaną