Nuda veritas

jestem znany na morzach międzyludzkiej przestrzeni

jako człowiek radosny bez skazy na śmiechu

jako wielbiciel światła znanym, nie amator cieni

nienawidzę ciszy, wszystko chcę w pośpiechu

nie mam stron słabych, lecz tonami grzechu

przytłoczony jestem i zginam się do ziemi

rozpalam tylko słowa tlen zbierając w miechu

i słowa wyrzucając patrzę jak prawda tę ziemię pieni

więc dziwne byłoby, gdybym mówił o miłości

że kochałem nieszczęśliwie, że mam pustkę w duszy

że prócz kilku stron silnych mam wiele słabości

jestem tym tak naprawdę, kto sam się nie ruszy

lecz miłości odda co ma- aż do szpiku kości

może kiedyś ona oblicze prawdziwe z błota wykruszy

Jutrzenką wstaje noc

miłość to oczekiwanie na koniec świata,

wiedząc, że to nie będzie koniec, jak mówią dziennikarze

wtedy nam pęknie ograniczeń krata

pokocham Boską miłością, Bóg mi ją da w darze

miłość jest powietrzem, lecz tym sprzed stuleci

czystym jak rosa na wielkiej paproci

ja wiatr wysyłam, niech ku Tobie leci

niech Cię kocha za mnie, ogrzeje, ozłoci

ratuj póki mam coś, co zasługuje

na miano rzeczy czystej, czystej jak ma miłość

pytaj serce, co chwila czy nadal to czuje

czy nie trawi jej za bardzo ta ludzka zażyłość

dawniej było lepiej, mówcie tak, ja proszę

lecz lepiej ruszmy dłonie i zmieńmy to oblicze

ja ciągle dawne miłości przeczyste tu noszę

dla was, dla świata- a reszty nie liczę!

jak pięknie łamać się pod ciężarem własnych owoców

kiedy Cię kochałem nie chciałem zbyt wiele

chciałem stać przy Tobie i patrzeć na gwiazdy

chciałem tak jak dusza przy duszy, ciało przy ciele

tak jak ja chciałby chyba każdy

liczylibysmy gwiazdy przez lata i wieki

świat płynąłby obok jak potok zza góry

zabrałby nam w końcu gwiazdy, daleki

smiech i bliski płacz, czarne chmury

przeliczyłbym z Tobą wszystkie

patrząc w niebo, w Twoje oczy

nazwałbym i dalekie, i te całkiem bliskie

aż Helios swą gwiazdę smierci wytoczy

gdy będziemy umierać nie widząc światła

zatracając się w każdej ciemnej chwili

dłonie nie wystarczą, to nie jest rzecz łatwa

bysmy samymi duszami dla siebie dziś byli

i kocham tylko Ciebie, choć już nie swym płaczem

mokry, utulę się cicho wśród kamiennych koców

i zapomnę o zimnie gdy Ciebie zobaczę

jak pięknie łamać się pod ciężarem własnych owoców

Bajki

świerkiem na tle nieba jesteś i kropelką

co spada z ciężkiego nieba nad rzeką istnienia

jesteś małą skałą i górą wielką

jesteś mi celem i sensem istnienia

szukam Cię w słońcu i chłodzie cienia

topiąc w ranach ludzką słabość wszelką

szukając swego prawdziwego imienia

otaczam komentarze zwane mi kolejką

zamykam, co było otwarte przez wieki

umieram widząc raju, nieba bramy

zażywam, kiedym zdrowy, na receptę leki

solą opatruję świeże jeszcze rany

A Ty chodź tu blisko i popatrz w moje oczy

nazwij każdą łzę w mym oku, każdy oddech mały

daj światło kiedy serce w tych ciemnościach kroczy

Twój nie jestem wcale i jestem Twój cały

choć jak mam dać, co nie do mnie należy

jakże znów te świetliki z lampą bój wygrały

Atlantyda

krzyknę, to co Noe krzyknął widząc tęczę

nazwę Cię ludzkimi słowami jak kwiaty

powiem wszystko, co mogę- choć chciałbym więcej

powiedzieć o Tobie, lecz mam wyrazu kraty

jak niebiańskie ciało nazwać ciałem prosto

jak udawać, że widzę byty niewidzialne

jak nazwać kwiatem, co w sercu urosło

jak chrustem zwać drzewa w ogóle niepalne

Tyś więcej niż ziemska, ludzka i nieznana

boso spłyń mi chmurami, czuj ziemi kamienie

niech będzie w Tobie słodka ludzka rana

poczuj słońce na skroni, poczuj też i cienie

walcz, choć wygrana jest Tobie pisana

i z krwią dziwnie ludzką dobij, co już leży

będziesz kiedyś ze mną w nadzieję zabrana

spójrz, cel. nie my do niego, on k’nam bieży

ja człowiek, też należę do ziemi i do nieba

niebiańską mam duszę, ziemskie moje kości

lecz przyjdź Ty niebiańska, bo już jest potrzeba

pragnę Cię nadludzka, kochana Miłości

Tęcza

słońce znowu wyszło- dla kogoś raz pierwszy, dla kogoś ostatni

używam tylko rąk by je jeszcze sobie na chwilę przysłonić

by zamieszać trochę w ułożonych papierkach

na biurkach skrybów z pobliskiego zamku

miłości chcę, nie darów, prezentów

zbyt wiele mieć to zwykła głupota

w ostatnią podróż wezmę tylko marzenia, które

zostaną pierwszy raz spełnione bez skutków ubocznych

Lasem

wiruję dziś jak nasiono klonu, które jesień zza lasu dostrzegła swym chłodem

walczę jak nigdy, by nie tyle spadać prosto, co spaść w miejsce dobre

i miejsce mi żyzne.

nie martwię się, że spadnę- pogodziłem się z bólem, co mnie spotka

i nie boję się, że upadnę- bo upadnę na pewno i upadnę niestety

zbyt wcześnie

zbyt wcześnie jest zawsze- bo ciągle chcemy jeszcze trochę pociągnąć

ten toboł- mimo sił już małych, a trzymają nas głupie więzy ludzkie

i ludzkie więzy ziemskie

Letnie miraże

chmurami czarnymi schyla się niebo tuląc w swe ramiona zamgloną ziemię

okrywa słońce się kołdrą- kradnie ziemi cienie

wyrywa, tocząc krew, drzewa kwiatów z ziemi zamykając kielichy polnych kwiatów

stoi tylko strażnik na granicy światów

by ktoś nie znalazł w tej ciszy i tej bliskości Boga drogi w lepsze miejsce jako żywy

idę ulicą deszczu, kto udaje, kto prawdziwy?

odkrywam nowe pokłady bliskości ludzkiej, budząc już na zawsze mą potrzebę Ciebie

wstaniesz i śpiąc znowu błękitu dasz w niebie?

Rozum wygrał

jak dobrze czuć to ciepło, bijące od nieba

gdy każdy klawisz świata może wydać jęki

gdy nic nam prócz wody tutaj nie potrzeba

i gdy w jedno układają się fałszywe dźwięki

lubię gdy swą dłonią sięgam do Twej ręki

myślisz, że Cię pragnę, jak dziennego chleba

komu jesli nie sobie skłądać mam dzięki

za życie, że kredyt mi dała na życie ta gleba

w ciemności szukam ściany, a w świetle wyjścia z domu

jak mam niszczyć coś, co kiedyś szczęście mi dało?

mam niewiele i mógłbym to dać- za miłość, ale komu?

już powoli zapominam, co się kiedyś stało

bo rozum ucieka szukając gdzieś w murze wyłomu

i nie będę gonił za światłem, co tyle sił zabrało

kilka śliw starych przy domu na szczycie

miłość jak trefny towar z chińskiego straganu

spogląda na mnie niebieskimi oczy

które są jak gorzkie wspomnienie miłości

tak tandetnej jak lalka i banan zielony

niby tania ta miłość- brac mozna garściami

lecz co za darmo- kochani- to słabe i głupie

gdy psuje się lub nudzi i kleic ją trzeba

wyrzucasz do kosza i następnej już nie chcesz

więc bierzesz ciut droższą ufając jakości

zatwierdzonej w Urzędzie Społecznej Równości

i tak nieświadomy wcale tego faktu

doskonalisz siebie, doskonaląc miłość

czeszesz włosy tej miłości grzebieniem tym samym

którym ty co rano swoje włosy dzielisz

ubranka robisz z tego, co sam kiedyś włożysz

tylko trumny nie zbijasz wierząc w nieśmiertelność

w końcu miłość przklinasz, bo się nie starzeje

i jest już dla Ciebie jak mokry kapiszon

bo patrząc w jej oblicze zorane niesmiertlenością

widzisz siebie- gdy ufałeś i byłeś inny całkiem

Głownia

jak oczy me spadają w ciemność Twoich włosów

tak strzała mknie do celu, tnąć głowy niebiosom

ucinając z wolna brylantowe ziarna kłosów

tak spada oko moje- na Twą głowę rosą

ugina się żyto pod ciężarem wzroku i proso

zaczyna udawać głos bliskich osób

idąc przez parkany chwastu maku boso

spokojnie oprócz smierci jest inny na to sposób

 

inny sposób by miłości tej ludzkiej zasunąć kotary

jakbyś rzucił się w przepaść i spadł w me ramiona

jakbyś dając w ręce kamień słodkie dawał dary

wypisałem tych kobiet w zeszycie imiona

i szukałem cóż takiego w nich, że ja tak jestem szary

i miłość i ma szarość była urojona?