trzy

bur

w nocy
gdy idę
jak poderżnięte gardło
wschód mi spływa krwawo

niedawno jeszcze
(pamiętam po części)
stawałeś przede mną
tak, że ledwo mogłem
dostrzec, co kryje się za twoim cieniem

ty mi się z ramion wyplotłeś
ty mi się z wczoraj wyrwałeś

te dołki w policzkach
jak oczodoły czaszek
te włosy tak kruche jak jesienna trawa
i kształty, które już zawsze
kojarzyć będę z nieodległą śmiercią

więc mam iść do przodu
gdziekolwiek
przed siebie jedynie
bo nawet na rozstajach czekają dwie drogi
ja nie chcę zapomnieć, że mam jeszcze trzecią
która kryta mrokiem, ginie za plecami

gdy

ladyj
nie mówię sobie rzecz oczywistych
i tak nie mówię
że aż zapominam

że włosy masz takie
które chcę dotykać
i oczy tak twoje
że wciąż chcę w nie patrzeć

bo jesteś jak oddech
lub jak krzyk gdy boli
jak ja sam dla siebie
jak cisza gdy milczę

tak bliska że czasem
nie mogę cię dostrzec
i nie miej mi za złe
gdy patrzę gdzieś obok

bo zawsze gdy patrzę
widzę tylko ciebie
i gdy śnię choć nie wiem
to śnię o twej duszy

ponad

czaaaa

jest mnie dwóch
od śmierci i od życia
nie pamiętam nawet ilu mnie już nie ma
pochylony nad tobą
nad biała trumną duszy
z pozłacanym brzegiem
od promieni słońca

i widzę
jak ci oczy pękają
dwa pąki brązowych kwiatów
jak dwa źródła zatrute
dwa naczynia spękane
jak dłonie tak słabe że już wręcz uwiędłe

tak mi się bukszpan wśród palców przelewa
jak woda która ma mi zabrać winę
jak miecz z krwi otarty
odłamany z tarczy

to nie dzień na to
miałem dzisiaj śmiać się
miałem już marzenia
miałem mnie za boga

a dłoni ci już spleść nie mogę
jak dwa konary zdają się już łamać
od mojego oddechu
który rwie słup dymu
i gasi płonące nad planetą słońce

świt 29.08.2015

Bez tytułu

mam twoje oczy
w sobie
głęboko
pamiętam jeszcze jak błyszczy
świt widziany twoim wzrokiem

krzyk narodzin dnia
drży płaczem gwiazd
otwiera się przestrzeń
ginie obcość

jakbym miał w sobie
miliony snów
niespełnionych
które obudzone chorobą realności
wpijają się w każdą pewność
w każdy kamień

oddycham wodą
spod chmur
klnę
a nadzieja gnije
jak truchło przy drodze

rozbite a pełne
przeklęte dłonie mowy
cisza
tak ma być
powoli

skoro śmierć przychodzi
jak burza
czy szczęście nie może
a ja chciałbym
biel nieba zamknąć w słowach
albo w słowie
a siebie
w tobie

03.08.2015

Bez tytułu

wiesz jak mi się śnisz?
progi zmieszane w żebra schodów
i chmury kamieni jak puch goździków
pozbawionych głów
konających sucho
to wszystko się łączy
miesza jak powietrze
z sadzą błyszczącą w źrenicach oczu

tak mi się rozdrabniasz
i mnożysz i kleisz
do ścian do sufitów
do rąk i do oczu

jak cię wyrzucić?

kolejny krzyk albo prośba
nie
skoro ci daję wszystko
po co chcesz mieć więcej

nikt o tym nie wie
nawet ja sam
widzę tylko jak dzień mi się skraca
jak słońce przygasa i tonie
w rozlanej nad wzgórzami kurtynie ze stali

i nie znam bólu większego niż ten
kiedy niczego więcej poczuć nie mogę

rigor mortis

temat

tak zapadam w jasność
twoich dłoni
jakbym zanurzał ciężką głowę
w choleryczną krew nocy

nie mogę płynąć w jej gęstych
i mokrych od bezsenności włosach
kleję się do każdej myśli
zamykam oczy duszony szubienicą tętnic

jakby ona nagle splotła z nich sznur
i trzymała w dłoniach

i tyle czuję wirując bezwładnie
w najpiękniejszych akrobacjach
których o własnych siłach
nie mógłbym wykonać
a płynę do dna
jak zawsze pragnąłem

lecz mi dajesz taką
jak sen
ale żywą
szansę by samemu sobie
w oczy spojrzeć
popatrzeć na ręce
i zobaczyć co robię
kiedy mogę wszystko

empusa

Bez tytułu

łuk wzgórz się tak ułożył
jakby martwą smugę
porannego światła
ktoś przeciął zębami

jest jak oczy martwej dziewczyny
z suchym jeziorem
z pustką która jednak
brzegi ma wycięte
z papierowych trupów

z tej rany
zgryzionej i na wpół przeżutej
tak krwawi
jakby świat po wielkiej wojnie
położył się by umrzeć
tuż nad horyzontem

tak to wygląda jakby moja pani
wyszła wieczorem spod skał swego nieba
i świeżą krew z wczorajszego łowu
wytarła błękitną chustą która drgając
wisi rozpostarta na palach gnijących jesionów

gdy po mnie przychodzi
jak widmo
jak ona
poddaję się mając
los swój w moich dłoniach

chciałbym jej oddać więcej
więcej niż ciało

więc gdy wpija zęby
to podnoszę duszę
by jej sięgnąć mogły
jej dłonie skrawione

chciałbym tak spojrzeć

Bez tytułu
chciałbym tak spojrzeć
jak się czasem patrzy
i mówić tak
jak się rzadko mówi

niedoścignione marzenie:
czasamości rzadkości
pełnych przypadku
mojej decyzji

u nas przy drogach
stoją krzywe krzyże
ktoś źle wystrugał
albo źle postawił
przekrzywiam głowę
patrząc w obiektyw
wszechobecnej kamery bóstwa

mówię wtedy
że chcę czasami
mówić te rzeczy które razy tyle
układałem w głowie
spisywałem w myślach
szukając czystości
słów których nie zna
żaden z poznanych języków wszechświata

wbijam palce
w oczy z kratami
idę pomyśleć
o tym co było
wtedy mi szepczesz
że to jest nieważne

pragnąłem
rzadko
a dzisiaj już wcale
zabić cię ale
nie tylko w swej głowie

bo to są nadzieje które
mam codziennie
i wolę je nazwać
pokusą szatana

ktoś powiedział

BigComboTrailer

ile światów
mi minie
zanim ten świat wróci

ktoś powiedział
że życie jest jak uroboros
że brak nowych rzeczy
nie ma końca

odradzanie w teorii
a w praktyce to samo
wiecznie

że wraca wszystko
a ja przez wszystko
rozumiem wszystko

no to czekam
na to koło
nieuchronne
aż wszystko
tak się zakręci
jak powinno
i zatrzyma tam
gdzie powinno

ale to chyba nie dziś
i nie jutro
bo jutro mam sprawy
jeszcze na tym świecie
a tobie wygodnie w przeszłości

tak czekam
na to co ma przyjść
dwoje oczu których pragnę
i całą masę znienawidzonych

tak patrzę
na jedne i drugie
nadchodzące
drapiąc się po głowie
coraz bliższej ziemi

nienawiść

January_Uprising_skirmish_of_zouaves

Nigdy nie spojrzę w oczy innej, bo
poznałem rozkosz spoglądania w twoje.
Dzisiaj, gdy znam już i dobro, i zło –
to jest rzecz jedyna, której wciąż się boję.

Gdy tkane grubo odpinam twe usta,
zaglądam w czeluść echa czystej prawdy;
co dziś błyszczy czarna całkowicie pusta,
a kiedyś na jej tafli umierały gwiazdy.

To miasto groźne niczym głodny lew
pochłania wiersze moje i koperty,
dręczy mnie ludzi niewolniczy śpiew,
palących pod stopami języków mych sterty.

Patrzyłem zawsze kiedy padał deszcz,
jak zapinałaś na ostatni guzik
twój płaszcz, o którym sama tylko wiesz:
że odpinany w piekło wrzuca ludzi.

Floriańską szedłem odurzony, gdy
naszła mnie miłość do ciebie – znienacka.
W oczy się wbiła jak tytoniu dym,
krążący wokół jak piosnka pijacka.

To miasto nie wie, jak mi twoje sny
szkodzą i ile za nie płacić muszę.
Co tam pieniądze, co tam płacz mój, gdy
przyszło mi oddać za nieszczęście duszę?

Dlatego czekam na piękny ów dzień,
gdy zgnijesz wreszcie pod chmurami brył.
A wracaj do mnie nawet jako cień;
znajdź mnie i nachodź – nie będę się krył.

Tak stworzę świat beztwój i zaklęty
padnę przed inną obiecując głośno,
że klęcząc tak przed nią pokorny jak święty
nazwę ją moją drugą w życiu wiosną!

Ty jesteś raną, której zgniły brzeg
obmywa wiecznie woda alkoholi.
Nie pytam zatem kiedy skończę bieg
ani czy skończyć mi go bóg pozwoli.

krok w przód

SDC12009

umarł mi ktoś
nieśmiertelny

chodziła wokół mnie
tak długo
że w końcu przestałem
ją dostrzegać

wtedy pomyślałem
że ten ktoś będzie
tu zawsze

pierwszy krok do nieśmiertelności
to wymykanie się zmysłom
(robiła to już wcześniej)

trzymała tę samą dłoń
którą jej podawałem
i patrzyła w te same oczy
którymi ja patrzyłem
była namiętna w słuchaniu
pękała głośno upadając na ziemię

szukała zawsze najłatwiejszej drogi
byle nie upaść
a ja w końcu chciałem iść po kamieniach
po zboczach

dziś wracam do mojego kraju równin
ale jej już tam nie ma
rozglądam się po płaskiej ziemi
myśląc że dojrzę jej grób

wole myśleć że nie żyje
bo gdyby żyła
to nie wiem jak bym żył